Kwiecień 7

Warmiński Konkurs Piw Domowych

No w końcu jakiś konkurs w moim rodzinnym mieście. Nie żebym się tu poczuwał do zdobycia głównej nagrody itd. ale po prostu w końcu znalazło się miejsce i czas. Moim zdaniem samo zaistnienie czegoś takiego to spory sukces.

Ciekawie zapowiada się styl Rosanke… w sumie definicja bardzo szeroka i podciągnąć pod to można dużo piw. Czy to ukłon w kierunku piwowarów amatorów nie wiem ale definicja to tak w sumie „piwo śmietnik” 🙂 Sam zabrałem się za przygotowanie czegoś takiego…

W każdym razie – czytelników mojego bloga z okolic Olsztyna i robiących własne piwo zapraszam do stanięcia w konkury. Warto pokazać osobom z okolic, że środowisko piwowarów domowych istnieje w tym mieście! Moim zdaniem wystawienie choć jednego piwa ze swojej produkcji pokaże, jak dużo jest domowych piwowarów w naszej okolicy. Ja tam na pewno jedną pszenicę wystawiam i jeśli to Rosanke wypali to też 🙂

Informacje o konkursie: http://www.piwo.org/page/index.html/_/konkursy-piwowarskie/warminski-konkurs-piw-domowych-2013-olsztyn-03082013-r91

Marzec 20

Gust jest jak dupa…

… każdy ma swoją.

Pod tym średnio elokwentnym określeniem kryje się coś co ostatnio daje mi wiele do myślenia a na pewno nabieram dystansu do niektórych „wojujących degustatorów” 😉

Dla przykładu podam akcję z ostatnich czasów gdy wpada do mnie znajomy i podsumowuje, że to co ja uznaję za „słabe” to są zajebiste wina. Oczywiście to taki gość co niesamowicie upiera się na oglądanie półki w piwnicy, na której gromadzę nieudane produkcje… z przeznaczeniem na grzańca bo do niczego innego się nie nadają. Tym razem padło na pół słodkiego merlota. Produkt, który u mnie wzbudza mało miłe uczucia na samym początku układu pokarmowego zwanego pospolicie „cofką”… a gość mi tu wyjeżdża z tekstem, że „nigdy nie pił lepszego wina”. Szczenę z gleby zbierałem szufelką przez kolejne pół godziny 🙂 Co ciekawe nie była to typowa ściema pt. „mam wino za free to posmalę trochę ego winiarzowi”, bo koniecznie chciał nabyć kilka flaszek drogą kupna dla małżonki. Dostał je za free 🙂 a i potem, jego żona zachwalała co to za nie wspaniały produkt.

Drugim przykładem jestem ja sam. Otóż od jakiegoś czasu zmieniono skład piwa pt. Warnijskie z Kormorana. Maciek dodał do niego amerykański chmiel zwany Citrą. Do piwa, które było przeciętne, żeby nie powiedzieć takie sobie… dodano coś co w moich oczach zrobiło z tego produktu naprawdę mega wynalazek. Długo czekałem na lekkie piwo, do którego ktoś dodał Citrę i nie zrobił z tego jakiegoś chmielowego wariactwa typu 80 IBU. Z drugiej strony trzeba stwierdzić, że to piwo z beczki smakuje duuuuuużo lepiej, niż z butelki – aromat cytrusów jest 5x mocniejszy! Autentycznie wpadając do Starej Warszawskiej, jak widzę Warnijskie z kija to właściwie nic innego w kufel nie leję a kubki smakowe po prostu same walca tańczą 🙂 A teraz sedno: barmani opowiadają mi, że wpada ktoś do lokalu, mówi, że zachwalam to piwo na blogu czy facebooku (swoją drogą nie mam pojęcia kto to był 🙂 ) a oni czują w nim DMS czy wręcz twierdzi, że jest zepsute i zwraca do baru.

I weź tu nie podsumuj tego tytułem powyższego posta???

Tak się zastanawiam… istnieje gust idealny? Istnieje „idealne piwo”?? „Idealne wino”??? Powiem to jasno i głośno: NIE! Jednemu smakuje DMS. Drugiemu smakuje chmielenie piwa tak że masz wrażenie, że ktoś ci wciera sosnowe igły w język. Trzeciemu smakuje wino z półki „do wywalenia”. Każdy z nich będzie twierdził, że TO JEST TO. Ktoś z boku popuka się w czoło…

A ja po prostu powtórzę tytuł: „gust jest jak dupa… każdy ma swoją”.

P.S. A na hasło „DMS” to ostatnio wysypki dostaję…

Luty 19

lawenda na topie

Dziś Browar Kormoran wykonał uroczystą operację warzenia piwa, które ma w swoim składzie zamiast chmielu mieszankę przypraw próbującą oddać średniowieczny Gruit. Dla osób nie w temacie informuję, że zanim do utrwalania piwa użyto chmielu, poprzednikiem była mityczna w składzie mieszanka o nazwie gruit lub grut (różnie się to to pisze). Cała zabawa polega jednak na tym, że nie ostał się do naszych czasów dokładny skład owej mieszanki. Na przepisie trzymał łapy kler… no i oczywiście nie robił tego za darmo 😉

Znając Maćka (browarnika Kormorana) i Pawła (historyka z Zamku Olsztyn) to efekt będzie na pewno spoko.

Co prawda nasz piwno-blogowy światek, znów podniosą się pocieszne uwagi (jak przy Marcialis), że to to niezgodne ze stylem itd. A tłumaczenie, że to próba rekonstrukcyjna itd. – ech szkoda nawet wspominać. Dochodzę do wniosku, że napi..nie się nie ma sensu bo i tak „przecież jest styl” a próby wytłumaczenia są waleniem grochem o ścianę.

W każdym razie wracając do tematów mojego podwórka to jesienią zastanawiałem się nad zrobieniem miodu na lawendzie. W sumie to zabrakło mi bańki żeby to wstawić. Zakupiona porcja suszu dzielnie siedzi w „szufladzie piwowara” – owa szuflada to taki byt znajdujący się pod telewizorem, który zawiera całkiem sporą ilość drożdży, przypraw, ekstraktów słodowych, narzędzi browarniczych… i autentycznie zastanawiam się kiedy to wszystko wejdzie w reakcję i samo wyjdzie sobie na spacer 🙂

Ze swojej strony… jak tylko zwolni mi się jakaś bańka to siadam do moich eksperymentów z lawendą. Problem w tym, że mój wynik to będzie pewnie dopiero jesienią.

Dla zainteresowanych w najbliższą sobotę (23.02.2013) będę pokazywał się na Pechakcha Nicht Olsztyn, z prezką nt. miodów pitnych. W planie jest też konsumpcja 🙂

Listopad 17

Grzaniec piwny

Sezon na choroby w pełni… Ja polecam piwowarski patent na nie-chorowanie 🙂

Sładniki na zestaw z jednego piwa.

  • jakiekolwiek piwo z marketu… zwykły eurolager
  • miód – ok. 2-3 pełniusie łyżeczki
  • goździki – ok 4szt
  • cynamon w pałkach – mały paseczek ok. 2-4cm
  • można starkować odrobinę imbiru – nada miłej ostrości 🙂

W przypadku większej ilości przemnożyć… Zaznaczam, że nie warto robić z więcej niż trzech piw na raz i poniższy przepis jest dedykowany 1-2 osobom a nie dla całego stada… Ten stadny opublikuję przy innej okazji 😉

Przepis jest następujący:

Bierzemy piwo i mały garnek. Wlewamy piwo do garnka + wszystkie dodatki. I tu uwaga – wlewane piwo będzie się pienić na potęgę. To samo będzie gdy dodamy miód. Ja robię tak, że wlewam piwo, włączam palnik… a gdy już się ciut uspokoi to dodaję dodatki. Podgrzewamy tak długo aż wsadzając tam palucha czujemy, że jest mu już za gorąco. Wlać do kufla i siorbać. Kufel można wcześniej wymoczyć w gorącej wodzie, żeby zbyt szybko nie zbił temperatury grzańca.

I tym oto przemiłym przepisem można wywalić do śmieci grzańce serwowane w niektórych knajpach gdzie oprócz piwa potrafią wrzucić np. cukier w kostkach, chamski sok dodawany czasem do piwa itd. Pomysłów jak zrobić obrzydliwego grzańca jest wiele. W niektórych knajpach (np. Beczka w Olsztynie na Starej Warszawskiej) mają fajny patent, że z w/w dodatków robią syrop, który dodają do piwa w kuflu i to podrzewają w mikrofali. Zacny przepis i jednocześnie szybki w przygotowaniu.

Październik 13

Woda w cydrach i piwach domowych

Ostatnio sporo szukałem po necie różnych przepisów na domowe wyroby alkoholowe 😉

Jedno co mnie zdziwiło to wpisy tego typu: Cydr domowy… w szczególności sformułowanie o treści: „my przelaliśmy wszystko do baniaków po wodzie użytej w procesie produkcji” i tak zachodzę w głowę czy ci goście lali minerałkę z butli?

Krótka wizytacja wujka googla kończy się takimi kwiatkami:

„Większość piw na świecie powstaje z wody wodociągowej odpowiednio uzdatnionej. Istnieją jednak piwa, które swój smakowy sukces zawdzięczają unikalnym właściwościom wody źródlanej, głębinowej. Tak właśnie warzone jest Tyskie Gronie.” link

czy takie:

„Skąd browary posiadają tą wodę? Zazwyczaj oni czerpią wodę z własnych ujęć.” link

Za to tu mamy sporo technikaliów… i warto poczytać… Ogólnie powyższe wpisy można określić jednym zdaniem: marketingowe pierdolenie na potęgę.

 

A skąd wzięła się u mnie owa „analiza”… Wiele osób pyta jakiej wody używam w swojej produkcji. No i odpowiadam więc: KRANÓWY. Na co dzień pijam kranówę i tej wody używam do wszystkiego. Na całe szczęście mieszkam w Olsztynie gdzie woda jest bardzo dobrej jakości i nie narzekam. Jedno co mogę powiedzieć na pewno: woda kupowana w sklepach jest przechowywana w warunkach delikatnie mówiąc skandalicznych. Paleta wody stojąca w cieple, na słońcu, na mrozie czy w innych pociesznych warunkach to norma. Oczekiwanie, że taka woda będzie lepsza niż świeża kranówa (no może nie w dużym mieście) jest delikatnie mówiąc niedorzeczne… Woda trzymana pół roku czy rok w plastikowej butli, w cieple, to chodząca masakra…

Swego czasu oglądałem na jakimś Planet film o cudzie marketingowym jakim jest sprzedaż tego co każdy ma w kranie jako produktu luksusowego. Nie jeden stukał się w głowę i pionierów tego rynku wyzywał od idiotów… Ale jedno co można o tym napisać to to, że mamy do czynienia z geniuszami marketingu. Wmówić ludziom, że chcą kupować produkt z plastiku, przechowywany X czasu, zamiast świeżą z kranu to naprawdę trzeba być dobrym w swoim fachu. A już pojęcie „wody stołowej”, która jest zwykłą kranówą laną z wodociągów w całkiem sporym mieście to już dla mnie kosmos…

Podsumowując: nie dajmy robić sobie wody… z mózgu 🙂